Tylko we Lwowi…

Łomiankowska nieformalna grupa turystyczna, kontynuując sentymentalne podróże, tym razem odwiedziła Lwów. Oczywiście to samo biuro turystyczne „Janter” i jego szef Janusz Gugała jako pilot, bo jeśli ktoś się raz sprawdził, to po co zmieniać… A Lwów? Długo można by pisać, a i tak nawet części tego, co widzieliśmy bym nie opisał. I do tego zaskakująco serdeczny stosunek Ukraińców do turystów z Polski. Mimo, że Polaków w liczącym 850 tys. mieszkańców Lwowie jest zaledwie około 20 tys., w zasadzie wszędzie można porozumieć się po polsku. Zresztą każdy język jest tu tolerowany oprócz… rosyjskiego. No cóż, historia. W hotelu, w sklepie, w restauracji, na targowisku wszędzie nas rozumiano. Muszę przyznać, że było to trochę szokujące, ale bardzo miłe.

Po przekroczeniu granicy, niestety nie tylko Polski, ale i Unii Europejskiej, co wydatnie wpłynęło na wydłużenie odprawy celnej, widać sporą różnicę w zamożności społeczeństwa, szczególnie na prowincji. Zaniedbane domy, zabudowania przemysłowe zniszczone przez czas i bezmyślną eksploatację. Chwilami można było odnieść wrażenie, że wehikuł czasu przeniósł nas w polskie lata 60. A drogi… Już po kilku godzinach jazdy obiecaliśmy sobie nie narzekać na naszych drogowców i mizerne efekty ich mozolnej pracy. To, że autokar wrócił cały i nic z niego nie odpadło, zadziwiło wszystkich i chyba nawet pana kierowcę, wykazującego przez całą wycieczkę niebywały kunszt na lwowskich uliczkach. Mijanki i manewry w odległości kilku centymetrów od innych pojazdów były na porządku dziennym.

Program mieliśmy bardzo napięty. Nasza przewodniczka pani Irena Asmołowa zasypywała nas gradem informacji nie tylko o tym, co właśnie widzimy, ale także o tym, czego nie zobaczymy z braku czasu. Gdyby tak spisać to, co do nas piękną polszczyzną mówiła, wyszedłby całkiem obszerny przewodnik. Zwiedziliśmy nie tylko przepiękny Lwów, ale i dość odległe okolice. Zamek w Olesku, w którym urodził się przyszły król Polski Jan III Sobieski, jak i Krzemieniec – miejsce urodzenia Juliusza Słowackiego. Dworek, w którym wychował się nasz wielki poeta, jest teraz małym, ale urokliwym muzeum poświęconym jego pamięci. Nieopodal, na wysokim wzgórzu podziwialiśmy ruiny zniszczonego w XVII w. zamku i fantastyczny widok na całą okolicę. A widoczny z bardzo daleka zespół klasztorny w Poczajowie, który jest dla prawosławnych tym, czym dla katolików Jasna Góra, mógł przyprawić o zawrót głowy intensywnością barw i bogactwem złoceń.

Wieczorem, po zasłużonej i wyczekiwanej obiadokolacji (ciekawe, kto wymyślił tę kretyńską nazwę) niespodzianka – występ słynnej Kapeli Wesoły Lwów kierowanej przez pana Zbigniewa Jarmiłko, aktywnego i niezwykle cenionego we Lwowie artystę i działacza polonijnego. Przepraszam, nie polonijnego, tylko polskiego… Pan Zbigniew podkreśla, my nie jesteśmy polonią, myśmy z Polski nigdy nie wyjechali. Prawie godzinny występ specjalnie dla naszej grupy i wspólne śpiewanie znanych lwowskich piosenek sprawiło, że poczuliśmy się przez chwilę lwowiakami. A na scenie w roli jednej z solistek oczywiście „nasza” pani Irena, która okazała się być osobą o bardzo wielu zdolnościach. Oprócz pracy zawodowej (prowadzi wraz z mężem biuro tłumaczeń z języków obcych) i pracy w charakterze przewodniczki, śpiewa w kapeli i gra w amatorskim Teatrze Polskim we Lwowie. Był też mały akcencik łomiankowski, córka drugiego solisty Kapeli pana Bogdana Hałasa wyszła za mąż za Polaka i mieszkają w Łomiankach.

Cóż, cztery dni to stanowczo za mało, aby Lwów zwiedzić, ale wystarczyło, by się w nim zakochać.

lwow.jpg

lwow-1.jpg

lwow-2.jpg

lwow-3.jpg

js Opublikowane przez: