Umarli – Niepokonani

umarli-niepokonani-1.jpgNa podstawie wspomnień Leona Zawitaja opracował Kazimierz Medyński

Zimowe miesiące, a zwłaszcza styczeń i luty, to dla mnie zawsze okres powracają­cych wspomnień z lat okupacji. Choć w mo­im życiu wydarzyło się dotąd tyle innych, ważnych spraw, tamte obrazy wracają nieproszone z natężeniem proporcjonalnym do wagi publikacji, jakie na temat niedawnej historii zamieszcza nasza lokalna prasa.

umarli-niepokonani-2.jpgMój sentyment do wojennej historii wynika z faktu, iż pochodzę z wojskowej rodziny. Ojciec niemal od początku II Rzeczypospolitej służył w Wojsku Polskim jako zawodowy podoficer. Były to lata 1919-­1939. Broniąc ojczyzny przed nawałą bolszewicką, 16 lipca 1920 r. został ranny na polu walki, lecz nie zrezygnował ze służby wojskowej i w stopniu starszego sierżanta wziął udział w kampanii wrześniowej 1939 r., tym razem przeciw hitlerowskim najeźdźcom. W czasie walk został ranny po raz drugi, lecz pomimo klęski nie porzucił myśli o dalszej walce, i gdy zetknął się w Warszawie z członkami organizującego się ruchu oporu pod nazwą Organizacja Polska Niepodległa, przystąpił doń bez chwili wahania. W Jego zapiskach z 1979 r. znalazłem takie jedno proste, żołnierskie zdanie wystarczające za cały komentarz do podjętej decyzji: – Uważając, że mimo klęski wrześniowej wojna nie została zakończona i obowiązkiem każdego uczciwego Polaka stała się walka z hitlerowskim okupantem, w grudniu 1939 r. wstąpiłem do tej organizacji.

umarli-niepokonani-3.jpgTak to już w styczniu 1940 r. nasz dom w Burakowie stał się ośrodkiem lokalnej konspiracji. Ojciec założył pierwszą „trójkę” (podstawowa, 3-­osobowa komórka konspiracyjna), a mając przygotowaną rotę przysięgi i sposób jej odbioru od wstępujących w szeregi organizacji, prowadził intensywną budowę siatki ludzi gotowych do walki. Oczywiście w ślady ojca, który przybrał pseudonim „Wit”, poszła i moja matka Stanisława, która złożyła przysięgę jako „Ala”, deklarując chęć pracy w konspiracyjnej łączności i kolportażu. Ciągłe wizyty znanych i nieznanych mi ludzi, nocne spotkania w domu, przyciszone rozmowy, niespodziewane nieobecności ojca, nie mogły pozostać niezauważone przez młodego, dorastającego chłopca, który kręcił się po domu, toteż po jakimś czasie i ja zostałem wtajemniczony w niektóre sprawy konspiracyjne. Odebrałem to jako bardzo poważne wyróżnienie i dowód ogromnego zaufania rodziców.

Wraz z rozbudową organizacji przybywało zadań, lecz największe wyzwanie pojawiło się w 1941 r., kiedy w Burakowiezaczęli pojawiać się zbiegli z obozów jeńcy radzieccy i trzeba było zorganizować im przeprawę na drugi brzeg Wisły. W pomoc dla zbiegów włączyło się wielu tutejszych mieszkańców, u których organizowano pun­kty przerzutowe. Również nasz dom udzielał im chwilowego schronienia, zaopatrywał w ubrania, prowiant na drogę, a my często służyliśmy za przewodników, gdy nadchodził czas przeprawy. Ich widok zawsze budził moje współczucie, to też prowadząc ich nad Wisłę, zawsze gorliwie dbałem o za­chowanie maksymalnej ostrożności, by ponownie nie wpadli w ręce Niemców. W międzyczasie coraz silniej zaczęła rozwijać się podziemna prasa, co pociągnęło za sobą konieczność zwiększenia sieci kolportażu   i wykorzystania do tego celu dotychczasowej służby łączności. W 1942 r. Organizację Polska Niepodległa wcielono do Armii Krajowej, co jeszcze bardziej obciążyło łączniczki. Pamiętam jak matka nie zważając na niebezpieczeństwo systematycznie jeździła furmanką lub szła do Warszawy, skąd z punktu kolportażu na Marymoncie odbierała pocztę i prasę, by dostarczyć ją do Burakowa, Łomianek, Dąbrowy Leśnej, a z czasem nawet za „wachę” do Łomny, Palmir i Cząstkowa. Były to bardzo stresujące i niebezpieczne wyprawy, toteż pomagałem jej w tym jak mogłem, tym bardziej że nikt nie zwracał uwagi na pedałującego rowerem młodziana. Mój rower był jednocześnie doskonałą skrytką, miał bowiem wygiętą kierownicę, co dawało wspaniałą możliwość ukrycia zwiniętych w rulon gazetek w pustych rurach „baranka”.

Tak mijały kolejne miesiące okupacji i naszej działalności konspiracyjnej. Ojciec oprócz normalnej pracy konspiracyjnej prowadził na terenie Burakowa, Dąbrowy, Pro­chowni i Łomianek szkolenie wojskowew zakresie posługiwania się bronią, taktyki. Prowadził także ćwiczenia praktyczne elementów walki w puszczy i lesie, ja zaś nadal pomagałem matce w wykonywaniu zadań łączności, aż do lutego 1943 r. To był drugi zimowy miesiąc zapisany w mojej pamięci. Na skutek zdrady jednego z żołnierzy burakowskiej komórki AK nastąpiły liczne aresztowania ludzi podziemia, zaś dla wielu „spalonych” nastał czas tułaczki i życia w ukryciu pod ciągłą groźbą aresztowania. Dotknęło to i mojego ojca, lecz na szczęście żandarmi nie zastali go w domu, więc od tej chwili miał się na baczności i więcej nie nocował już w domu. Była to słuszna decyzja, bowiem od tej pory żandarmeria, poszukując ukrywających się, co jakiś czas robiła niespodziewane najścia na ich mieszkania.

Dalszy ciąg w następnym numerze

Podpisy:

1. Założyciel pierwszej w Burakowie siatki organizacji walczącej z niemiecką okupacją pod nazwą Polska Niepodległa, Kazimierz Zawitaj, pseudonim „Wit”

2. Stanisława Zawitaj „Ala”, łączniczka i kolporterka prasy podziemnej na terenie gminy Młociny oraz na terenach przyłączonych do III Rzeszy za tzw. „wachą”

3. Fragment listu gończego, jaki w lutym 1943 r. rozesłało gestapo za Kazimierzem Zawitajem do wszystkich posterunków granatowej policji w całej Generalnej Guberni.

js Opublikowane przez: