Anegdoty teatralne

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Gramy komedię Grzymały-Siedleckiego „Popas Króla Jegomości” o królu Henryku Walezym. Występuje tam między innymi podczaszy – grany przez Ryszarda Pietruskiego (figlarz, lubił kolegom robić na scenie dowcipy). W postać miecznika wcielił się mój rektor z PWST im. Ludwika Solskiego – Tadeusz Burnatowicz, człowiek dostojny, poważny. Podczas dialogu, który prowadzą obydwaj panowie na scenie, podczaszy wymienia jakieś proste szlacheckie nazwisko, które potem miecznik powtarza iks razy. Kiedyś Pietruski zwrócił się do mnie: Ty siedzisz w tych książkach – wymyśl jakieś skomplikowane nazwisko, z wymówieniem którego twój rektor miałby kłopoty. Wymyśliłem. – Brzęszczyszczykiewicz! Pan rektor przez dziesięć minut gimnastykował się z tym dziwolągiem, wreszcie, kiedy próbował go kaleczyć po raz dwunasty, było już tylko „Czykiewicz”. Za kulisami koledzy zwijali się ze śmiechu. Kiedy spocony i zdenerwowany Tadeusz Burnatowicz wpadł do garderoby, ryknął: Kto był autorem tego kretyńskiego dowcipu? – Cisza… Usłużny inspicjent szepnął: Jeden z młodych kolegów. Który? Ja mu dyplom odbiorę! Powiało grozą. Śledztwo trwało kilka dni, ale koledzy nie sypnęli. Po jakimś czasie pan rektor szepnął do mnie konfidencjonalnie: Ty łobuzie, wiem, że to twoja robota, ale dyplomu ci nie odbiorę!

W Operetce Gliwickiej miałem „wspaniałą” suflerkę, panią Marię Hudecową. Miła pani, ale nałogowa palaczka. Kiedy była potrzebna, za kulisami ćmiła papierochy na korytarzu, a kiedy podpowiadała, słychać ją było w ostatnich rzędach na widowni. Wystawialiśmy komedię muzyczną „Farfurka Królowej Bony”. Ja grałem główną rolę – Stańczyka. Jest taka scena: najpierw śpiewam, a potem po kilku taktach wstępu, na tle orkiestry, recytuję rytmicznie dość długi tekst (rodzaj rapu). I oto następuje katastrofa. Po odśpiewaniu arii – pustka w głowie, a na scenie mnóstwo osób. Rzucam błagalne spojrzenie w kierunku kulisy, gdzie powinna być suflerka, ale pani Marii nie ma – zrobiła sobie przerwę na papierosa. Koledzy mi jakoś podpowiadają – orkiestra grzmi, ja coś bełkoczę bez sensu, byle tylko utrzymać się w rytmie. Wreszcie, ku uciesze artystów i widowni znikam za kulisami. Na drugi dzień poprosiłem panią Marię, żeby mnie pilnowała. Dochodzimy do tego feralnego momentu i oto słyszę zachrypnięty ostry szept: Panie Witku, podrzucić panu tekścik? Parsknąłem śmiechem i poradziłem sobie bez pomocy pani Marii.

js Opublikowane przez: