Rozmowy przy płocie

przy_plocie.JPG O Łomiankach i nie tylko rozmawiają Hipolit Tutejszy i prezes Jan Wielkomiejski

– Ściskam rączuchnę drogiego sąsiada!

– A cóż to pan taki zadowolony, panie Hipolicie? W totolotka pan wygrał, czy co?

– Wolne żarty, panie prezesie… Mamy nowe władze. A nowa władza to nowa nadzieja.

– No tak… Faktycznie. Były wybory, to mamy nowe władze.

– Panie prezesie, ale to są, że tak powiem, zupełnie nowe władze. Znaczy się nie na nowo wybrane te same osoby jak cztery lata temu, tylko całkiem inni ludzie… Aż się zdziwiłem, że sokołowym tak kota popędzili…

– Pożyjemy, zobaczymy, panie Hipolcie.

– A co tu patrzeć! Ja się przez te osiem lat napatrzyłem i starczy. Ale wiesz pan co, że ten Pszczółkowski wygra już w pierwszej turze, to się nie spodziewałem. Liczyłem, że wygra, ale…

– Widzę, że pan Hipolit zmienił opcję… W poprzednich wyborach to pan chyba tak bardziej na PiS głosował, o ile sobie dobrze przypominam…

– No i co z tego. PiS nie lis, lis nie pis. Co ma piernik do wiatraka. Wybory samorządowe to co innego. Tu się głosuje na konkretnego człowieka, który ma załatwiać konkretne sprawy. A tam u góry tylko kwitów na siebie szukają i patrzą na sondaże, który teraz lepszy… Któremu spadło, któremu wzrosło. To dla nich najważniejsze.

– Zgoda. Ma pan rację, ale ja wiem, że władzę chwalić trzeba jak coś zrobi dobrego, a nie na wyrost.

– A kto tu kogoś chwali? Ja tylko wyrażam swoją radość, podobnie do innych mieszkańców, że poprzednie władze mamy już, że tak powiem, z głowy. Coś mi się wydaje, że ci nowi gorsi nie będą, bo się nie da.

– Tu bym dyskutował, panie Hipolicie. Jest takie powiedzenie: – Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.

– A co pan taki pesymista, panie prezesie?

– To nie pesymizm, panie Hipolicie, tylko doświadczenie. Nie chwalmy dnia z rana…

– A pan znów swoje… Ja nikogo nie chwalę. Tylko mam nadzieję, że ci nowi będą lepsi.

– Zobaczymy…

– Panie prezesie, a jaki był wybór? Stary burmistrz miał osiem lat, żeby pokazać co umie. I co pokazał?

– Panie Hipolicie, jego zwolennicy są pewnie innego zdania. Skoro aż na osiem lat mieszkańcy dali mu mandat do sprawowania władzy, to widocznie uważali, że rządzi dobrze… I w związku z tym ponoszą pewną odpowiedzialność za to, co przez ten czas zrobił.

– Nie bardzo rozumiem….

– To proste, panie Hipolicie. Dam panu przykład ze swojego podwórka. Ja jestem prezesem sporej spółki. Na stanowisko powołała mnie wyznaczona przez właściciela rada nadzorcza. Jak pan myśli, do kogo mieliby pretensję właściciele, gdyby spółka przestała przynosić dochody?

– Wiadomo, do pana.

– No nie do końca. Powiem inaczej. Jakby pan zatrudnił do remontu swojego domu kiepskiego fachowca, który by robotę kompletnie spaprał, kogo by pan winił? Fachowca czy siebie, że pan źle wybrał i nie sprawdził jego referencji?

– No chyba jednak bardziej siebie…

– Właśnie! Z wyborami jest podobnie. Moim zdaniem za to wszystko, co zrobiły poprzednie władze z burmistrzem na czele częściową odpowiedzialność ponoszą wszyscy ci, co na nich głosowali.

– Znaczy się ja też, tak?

– Jeśli pan tak głosował…

– Ale się szybko zorientowałem, że coś z nimi nie tak!

– Panie Hipolicie, wybory to nie gra na loterii, to bardzo odpowiedzialne zadanie. Szczególnie te do samorządu, bo względy ideologiczne mają mniejsze znaczenie.

– Panie prezesie, dobrze pan mówi, i ogólnie rzecz biorąc to się nawet z panem zgadzam, ale skąd ja mam wiedzieć jak taki jeden z drugim będzie rządził, jak się go już wybierze? Rentgena w oczach nie mam.

– Ale trzeba trochę pracy włożyć, zainteresować się, z kim się ma do czynienia. Co robił w przeszłości, jakie ma wykształcenie i doświadczenie w pracy samorządowej, opinię wśród znajomych i sąsiadów.

– No nie, to ja bym musiał chyba jakąś agencję detektywistyczną zatrudnić… Ale przepraszam, co do pana Pszczółkowskiego, to ja rozeznanie zrobiłem. Czytam to i owo. Parę razy na sesji Rady Miejskiej byłem i podobało mi się, co mówił. Głosowałem na niego zupełnie, że tak powiem, świadomie. A zresztą, za przeproszeniem pana prezesa, jaki był wybór? Na Sokołowskiego w żadnym przypadku bym głosu nie oddał, a ten trzeci, jak on się nazywał? Zresztą mniejsza z tym, też mi jakoś nie pasował. Nawet sam nie wiem dlaczego.

– No to, wbrew pozorom, mamy podobne zdanie w tej sprawie. Ja też obdarzyłem zaufaniem Pszczółkowskiego i mam nadzieję, że nie będę żałować. Szczerze mówiąc, mnie bardziej przekonał jego życiorys i doświadczenie zawodowe. Byle tylko nie zaczął tak jak nasz rząd, od czyszczenia szaf, szukania afer, spisków, układów i zwalania wszystkiego na poprzednika.

– Eee… Panie prezesie, to już przerabialiśmy osiem lat temu i chyba drugi raz na ten sam numer nas nie będą brać. Daliśmy im, jak to mówią, społeczny mandat, to niech się biorą do roboty z kopyta i już. Żeby się tylko, ci od Pszczółkowskiego, nie pokłócili między sobą, bo coś ich dużo w tej radzie jak na mój gust.

– A dlaczego mają się nie kłócić? To znaczy, chciałem powiedzieć, nie zgadzać się ze sobą, bo to pan miał zapewne na myśli. Jednomyślność to ćwiczyliśmy za komuny i wystarczy.

– Oj tak, tak. W zupełności.

– A jak tam małżonka, panie Hipolicie. Już pana tak nie pilnuje?

– Panie prezesie, ja jej nie poznaję. Przez tyle lat jak jesteśmy, że tak powiem, małżeństwem, nigdy się za bardzo lokalnymi sprawami nie interesowała. A teraz te awantury drogowe tak ją wciągnęły, że sama się bardziej denerwuje ode mnie. A za Pszczółkowskim się od razu opowiedziała, aż mi trochę głupio było. Także amnestia u nas w domu zapanowała i mam troszkę luzu na pogaduszki.

– No to pięknie! Będzie miał pan w domu z kim o lokalnych sprawach pogadać.

– Eee… Nic z tych rzeczy! Jak tylko, że tak powiem, dziób otworzę, zaraz krzyczy: – Hipolit! Ty nic nie mów, bo się znów zdenerwujesz. I sama nadaje jak nieodżałowanej pamięci Hanka Bielicka… Szkoda gadać… Idę już, panie prezesie, bo mnie znów obsztorcuje, że się szwendam po nocy.

– Dobranoc, panie Hipolicie i uszy do góry!

Rozmowę spisał
Sylweriusz Bondziorek

js Opublikowane przez: