Dieta – czyli fakty i mity o poważnej sprawie

Święta Bożego Narodzenia minęły, przymusowe obżarstwo skończyło się, więc już chyba można, drodzy Czytelnicy, zająć się na spokojnie sprawami żywieniowymi.

Skoro temat „uzyskanie niezależności finansowej” nie wzbudził żadnego zainteresowania – przynajmniej sądząc po frekwencji na grudniowych spotkaniach, na które zapraszałem w poprzednim wydaniu „Naszych Łomianek” – może kwestie dietetyczne okażą się zagadnieniami ciekawszymi. A nuż poniższy felieton zainspiruje kogoś do podjęcia działań nad własnym organizmem i na łamach naszego miesięcznika będzie można zapoznać się z doświadczeniami i sposobami Czytelników zrzucenia zbędnych kilogramów.

Własne doświadczenia dietetyczne zdobyłem w zeszłym roku. Na wiosnę 2006 r. okazało się, że przy moim wzroście 180 cm waga ciała przekroczyła 90 kg. Nie był to może wynik dramatyczny, ale gdy na badaniach okresowych pani doktor namierzyła mi jeszcze podwyższone ciśnienie (w kwestii formalnej: 150/100) uznałem powyższe fakty za poważne ostrzeżenie i postanowiłem schudnąć.

Nadmierne kilogramy były przede wszystkim spowodowane złymi nawykami jedzeniowymi. Przez ostatnich kilka miesięcy brałem udział w pracach zespołu, który miał doprowadzić do prywatyzacji 4 spółek Wielkiej Syntezy Chemicznej, więc jadło się nieregularnie, a słone orzeszki, ciastka i inne łakocie były często jedynym pokarmem. Co gorsza, wiele miesięcy pracy poszło na marne, bo jak się później okazało, wybraliśmy optymalnych oferentów, ale nie takich, jak oczekiwali decydenci. Tak więc zapewne stres był również dodatkowym czynnikiem, że w niekontrolowany sposób przybyło mi kilogramów.

Miałem więc do wyboru: albo lekarstwa na obniżenie ciśnienia, albo spróbować zmienić dietę i w konsekwencji schudnąć. Odchudzanie jest zbyt poważną sprawą, aby proces przeprowadzić po amatorsku, więc oddałem się w ręce zawodowców realizujących program „Pożegnanie z nadwagą” (ze względu na zarzuty o kryptoreklamę nie chcę podawać nazwy kliniki medycznej, bo a nuż będą podejrzenia, że coś wziąłem „na boku”).

Przeprowadzone badania i wyniki analiz potwierdziły, że zbędne kilogramy powstały na skutek łakomstwa. Należało więc zmniejszyć dawkę żywieniową do około 1500 kcal na dobę, aby organizm „spalił” część zapasów tłuszczu.

Moją decyzję o schudnięciu otoczenie przyjęło z niedowierzaniem. Panowało powszechne przekonanie, że mi się nie uda. Ba, nawet nie przypuszczałem, że mamy tak wielu znawców zagadnień dietetycznych, zwłaszcza wśród osób, którym w wyniku opracowanej przez nich diety kilogramów przybyło. Straszono mnie, że towarzyszący odchudzaniu głód jest nie do zniesienia i jedynym marzeniem jest najeść się do syta, co zaprzepaści wcześniejsze wyrzeczenia.

Dlaczego tak wiele osób nie zanotowało sukcesów w odchudzaniu, za to osiągnęli efekt jo-jo? Po pierwsze, wielu z nich chce zbyt szybko osiągnąć sukces, np. z powodu wyjazdu na urlop, i w rezultacie zrzucają z organizmu tak potrzebną wodę, a nie tłuszcz. Po drugie, nie zmieniają nawyków jedzeniowych i chcą osiągnąć inny kształt sylwetki jedząc to, co dotychczas. Po trzecie, nadal brakuje im czasu, aby wykonać nawet minimalny wysiłek fizyczny. Po czwarte, nadal jadają nieregularnie i zbyt rzadko.

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że wiele opowieści o dietach jest nieprawdziwych. Nie wiem jak jest z ludźmi chorymi, ale moim zdaniem każdy zdrowy człowiek może bez większych trudności schudnąć do wymaganej dla danego osobnika wagi. Należy tylko konsekwentnie stosować się do kilku podstawowych zasad zdrowego żywienia: jeść regularnie 4-5 razy dziennie określoną dawkę urozmaiconego pożywienia (zwłaszcza owoce i warzywa), wypijać ze 2-2,5 litra wody niegazowanej (dla mnie obrzydlistwo, ale można się przyzwyczaić), regularnie wykonywać chociaż przez kilka minut dziennie ćwiczenia fizyczne (np. pompki, spacery), nie pojadać między posiłkami oraz unikać słodyczy i innych „pustych” kalorii.

Mnie na razie udaje stosować się do tych zaleceń, więc stracone przez pięć miesięcy 10 kg wagi ciała nie powróciło. Jakżeż łatwo biegnie się do tramwaju czy autobusu! A przecież nie odmawiam sobie od czasu do czasu buteleczki piwa czy wina, karkóweczki z grilla, kawałka ciasta czy czekolady. Po prostu trzeba w żywieniu zachować rozsądek i nadal czerpać przyjemność z jedzenia i picia.

Są również negatywne aspekty schudnięcia: kupiony kilka miesięcy temu garnitur nie pasuje i nadaje się do wyrzucenia, spodnie bez paska opadają, koszule pod szyją są zbyt luźne.

Niezależnie od negatywnych aspektów, o których wspomniałem powyżej, moim zdaniem warto było jednak podjąć wyzwanie i odchudzić się. Choćby dla obecnie wzorcowego ciśnienia krwi 120/80. Czego i Wam, drodzy Czytelnicy, życzę w Nowym Roku.

JERZY KOSTOWSKI

js Opublikowane przez: