Na jednym z Festiwali Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu (było to w połowie lat 70. ub.w.) śpiewałem piosenkę „Z Ewą marsz”. Grała oczywiście orkiestra pod dyrekcją Henryka Debicha. Mnie towarzyszył „Kwartet Warszawski” pod dzielnym kierownictwem Bohdana Kezika. Przed generalną próbą – wysokiej rangi oficer z kierownictwa festiwalu wpadł na pomysł, abyśmy się ubrali w wojskowe mundury polowe. Nie bardzo nam się to spodobało… Dostałem stosowne pismo opatrzone ważnymi pieczątkami z Ministerstwa Obrony Narodowej, Mini-sterstwa Kultury i pojechaliśmy („Kwartet” i ja) do jednostki wojskowej pobrać „sorty mundurowe” (czapki, buty, pas i uniform). Kiedy przebrani za wojaków weszliśmy na scenę – najpierw ryknęła ze śmiechu orkiestra, potem zawyli koledzy siedzący na widowni. „Kto tę bandę Szwejków tak ubrał?” – zaryczał oficer projektodawca przebieranki (mundury były albo za duże, albo za małe. Mnie czapka spadała na oczy). Wyglądaliśmy rzeczywiście jak ostatnie łajzy. Po krótkiej awanturze zdecydowano, że mamy wystąpić w swoich „prywatnych” strojach. Po festiwalu zapakowałem „sorty” do samochodu i wio do jednostki, aby je oddać. I tu się zaczęło… „Jak to chcecie oddać? – warknął kwatermistrz. A gdzie odpowiednie pismo z pieczątkami? Poza tym dostałem taki opier… za to, że was tak ubrałem, że drugi raz nie dam się w to wrobić – w ogóle nie chcę mieć z tym nic do czynienia!!! Więc ja w tył zwrot i cały majdan zawiozłem do kierownika Amfiteatru. Kiedy w następnym roku zapytałem pana kierownika, co z mundurami? – usłyszałem: – „Rozeszły” się wśród znajomych… I tak oto niechcący przyczyniłem się do manka w magazynach armii.
Znakomity aktor Roman Wilhelmi po niedzielnym przedstawieniu w Teatrze Ateneum wybrał się z kolegami na „kolację” do pobliskiej restauracji. Libacja się przedłużała, kolegów ubywało, wreszcie na placu boju (nad ranem) został tylko Roman i maszynista Stasiek z obsługi sceny. Obydwaj ponowie nie mieli odwagi w tym stanie wracać do swoich domów. Udali się więc do teatru, aby dojść do siebie. Problemu nie było, bo w poniedziałek teatry są zamknięte. Znaleźli azyl w fotelach jednej z garderób. Kiedy się obudzili koło południa, „trzepotanie mew” było straszne. Stasiek! – dzwoń do mojej żony i powiedz coś sensownego… Po długim namyśle Stasiek zadzwonił i wybełkotał: – Halo! Czy to pani Wilhelmina? – Dzwonię ze szpitala, z mężem coraz lepiej… Zaraz, zaraz! Kto mówi? – Jak to kto? Dochtór ordynatur! O wy łachudry! – zaraz będę w teatrze i jest szansa, że naprawdę traficie do szpitala! Na to Roman: – Dobrą sztukę wymyśliłem, ale Staśka źle obsadziłem!

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz