Tratwą po Biebrzy

Wakacje za nami, niestety… Szkoda, ale najważniejsze, że jest co wspominać. W sierpniu „silną grupą” z Łomianek spławialiśmy się tratwami po Biebrzy. Kto nie był, niech żałuje.

Początek wyprawy był senny i sielski. Wieś Kopytkowo, skąd prowadzi szlak do słynnego biebrzańskiego Czerwonego Bagna, jest chyba najmniejszą wsią w Polsce. Od najbliższego miasteczka jedzie się do niej kilkadziesiąt minut przez zupełne pustkowie. We wsi zamieszkałe są trzy posesje: gospodarstwo sołtysa, malutki domeczek faceta z Warszawy i „dworek Rumcajsa”, czyli gospodarstwo agroturystyczne naszego gospodarza – Adama Raczkowskiego (pseudonim Rumcajs ze względu na wygląd, a w szczególności brodę niezwykłej długości).


Rumcajs to niezwykle barwna postać. Zasadniczo mieszka w Augustowie, a w Kopytkowie kupił zrujnowaną, starą stodołę i stworzył miejsce, które szybko stało się dla polskich ornitologów podstawową bazą obserwacyjną dla całego regionu biebrzańskich bagien. Ale nam nie w głowie były bagna i ptaki, tylko spływ Biebrzą.

Sprawnie zostaliśmy przerzuceni w rejon oddalonego o kilkanaście kilometrów Jagłowa i wchodzimy na tratwy. Dla wszystkich było to zupełnie nowe doświadczenie, nikt z nas bowiem czymś takim nie pływał. Tratwy były różne: dwie malutkie, bo dwuosobowe złączone razem, jedna nieco większa czteroosobowa i ostatnia największa, bo aż siedmioosobowa. Sprawnie upychamy gdzie popadnie bagaże i w drogę!

Szybko okazało się, że sterowanie tratwą jest równie trudnym zadaniem jak ustalenie, gdzie jest jej dziób, a gdzie rufa, a przecież dla każdego wodniaka to wiedza absolutnie fundamentalna. Przez pierwszych kilka godzin załogi usiłowały zmusić tratwy do posłuszeństwa jednak siły przyrody były silniejsze i pływaliśmy raz bokiem, raz tyłem i czasami przodem, który stał się z biegiem czasu całkowicie umowny… Po trzech godzinach zmagań przerwa na odpoczynek i zanurzenie utrudzonych od wioseł i drągów dłoni. Niektórzy nawet trochę popływali… Ruszamy dalej, bo Rumcajs nam przykazał, że przed zmierzchem mamy być już w Dębowie koło śluzy łączącej Biebrzę z Kanałem Augustowskim, a to jeszcze kawał drogi.

W tym miejscu muszę koniecznie wspomnieć, że rzeka Biebrza jest bardzo piękna, ale złośliwa… Kiedy wypływaliśmy z Jagłowa, nieopodal pod lasem stał bardzo piękny drewniany domek. Obejrzeliśmy go dokładnie ze wszystkich stron, mijając kilka razy. Rzeka bowiem kręci niemiłosiernie i każdy kilometr w linii prostej zamieniał się w kilka wodą.

Do Dębowa dotarliśmy przed zmierzchem, a nasze próby dobicia do brzegu małego jeziorka obok spustu wody z kanału, poprzedzone kilkoma efektownymi piruetami, stały się niezłą rozrywką dla licznie zgromadzonych w tym miejscu wędkarzy. Wreszcie stoimy! Cumy rzucone, tratwy związane do kupy, bierzemy się za szykowanie posiłku. Wnet okazało się, że w tratewnym życiu wszystko jest na odwrót. Największa tratwa okazała się najmniej wygodna. Znalezienie w niej czegokolwiek wymagało nie tylko czasu, ale i szczęścia, a do tego ku rozpaczy pań w jednej ze skrzyń znaleźliśmy… mrowisko. No cóż, noc zapowiadała się ciekawie.

Było już ciemno, mrówki trudno zobaczyć, postanowiliśmy więc zastosować jedyną w naszej sytuacji taktykę i zalać je wodą, czyli po prostu utopić. Rychło okazało się to nie do końca skuteczne, bo mróweczki sprawnie przemieściły się do góry. Jakiś skutek jednak był, bo przez trzy godziny było zawieszenie broni, tzn. my ich nie topiliśmy, a one nas nie gryzły. Dobre i to, bo przynajmniej spokojnie zjedliśmy kolację.

Ze wspólnego ogniska na brzegu nic nie wyszło, bo zaczął siąpić deszcz. Trzeba było zmieścić się pod dachem na największej tratwie. Próba wyporności wykazała, że dziesięć osób siedzących z jednej strony zatapia tratwę na głębokość kilku centymetrów. Było to nawet korzystne, bo grill stojąc w wodzie przestał stanowić dla drewnianej tratwy zagrożenie pożarowe, tyle że biesiadnicy musieli siedzieć w kaloszach a grill się w końcu utopił… Ale co tam, chociaż wieczór dżdżysty, to towarzystwo wspaniałe. Około północy idziemy spać. I wtedy się zaczęło… Już samo rozlokowanie siedmiu osób na sześcioosobowej trawie okazało się niewykonalne, ale to, co było później, długo pozostanie w naszej pamięci.

Byliśmy świadomi, że jak jest woda i są bagna, to muszą być komary, ale że będzie ich aż tak wiele, nie przewidzieliśmy. Po zamknięciu się szczelnie w śpiworach i przykryciu twarzy ręcznikiem byliśmy względnie bezpieczni – niestety – z lekkimi objawami podduszenia, bo było okropnie gorąco i parno. Jakakolwiek próba złapania oddechu lub schłodzenia organizmu poprzez wystawienie nogi kończyła się zmasowanym atakiem komarów. W tej sytuacji nasze panie sięgnęły po miotacze gazu, czyli preparaty w sprayu przeciw komarom. Skutek był taki, że zaduch stał się nie do zniesienia. A do tego mrówki zerwały zawieszenie broni i też przystąpiły do akcji. Czekaliśmy świtu jak zbawienia…

Poranek powitał nas słoneczkiem, zapachem kawy i obfitym śniadankiem. Komary i mrówki poszły spać, a my, mimo że toczyliśmy tę samą wojnę, ruszyliśmy do pracy, czyli do wioseł i drągów.

Kilka tradycyjnych piruetów i płyniemy dalej… No nie wszyscy, bo jedna z naszych pań tak niefortunnie użyła drąga, że wylądowała w wodzie. Chcemy ratować, rzucamy linę, wyciągamy ręce. A ona na to: – Nic się nie stało i tak się miałam wykąpać. Niewyspani, zmęczeni wiosłowaniem i słońcem dopływamy po kilku godzinach do Jesionowa, gdzie nastąpił koniec naszej dwudniowej wycieczki. Obowiązkowe „rodzinne” zdjęcie z Rumcajsem i wracamy do Łomianek.

Po drodze odwiedzamy w pobliskim Goniądzu słynną karczmę „U Bartla” położoną tuż przy rozlanej w tym miejscu szeroko Biebrzy. Jedząc wspaniałe lokalne przysmaki wspominaliśmy upojną noc z komarami i mrówkami, ale co tam – i tak było wspaniale.

js Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *


The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.